Reklama

Triumf i katastrofa w jednym sezonie. Małysz nie kryje niepokoju

Sezon, który miał być krokiem naprzód, okazał się dla polskich skoków narciarskich historią pełną sprzeczności. Z jednej strony długie miesiące rozczarowań w Pucharze Świata, z drugiej – błysk podczas igrzysk olimpijskich we Włoszech, gdzie biało-czerwoni nagle przypomnieli o swoim potencjale. Ten rozdźwięk nie daje spokoju także Adamowi Małyszowi, który podczas finału w Planicy nie ukrywał wątpliwości.

— To jedna wielka niewiadoma — przyznał wprost prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Sezon dwóch twarzy

Trudno znaleźć drugi tak niejednoznaczny sezon w historii polskich skoków. W cyklu Pucharu Świata dominowało poczucie niedosytu, a momentami wręcz bezradności. Konkursy, które kiedyś były naturalnym środowiskiem sukcesów, tym razem stały się walką o miejsca dalekie od podium.

I nagle – igrzyska. Impreza, która miała być raczej testem niż zwieńczeniem pracy, przyniosła trzy medale i zupełnie inną jakość skakania. Polacy znów byli szybcy, pewni siebie, skuteczni.

Reklama

— Puchar Świata był męczarnią. Wydawało się, że igrzyska będą punktem przełomowym, że pójdziemy w górę, a tymczasem po nich wróciliśmy do punktu wyjścia — mówił Małysz.

To właśnie ta sinusoidalna forma najbardziej niepokoi. Bo jeśli potencjał jest, co pokazały zawody olimpijskie, to dlaczego nie było go widać przez większą część zimy?

Gdzie uciekają metry?

Jedną z odpowiedzi, choć wciąż niepełną, mogą być detale — a w skokach narciarskich to one decydują o wszystkim. Małysz nie miał wątpliwości, że problem nie leżał w przygotowaniu fizycznym.

Reklama

— Wyniki badań wskazywały, że wszystko jest w porządku — podkreślił.

Różnice zaczynają się jednak tam, gdzie kończy się teoria, a zaczyna praktyka. Prędkość na progu, sprzęt, a przede wszystkim kombinezony. Gdy rywale z czołówki osiągają wyższe prędkości i korzystają z bardziej „pojemnych” strojów, przewaga rośnie lawinowo.

— Jeśli nasi skoczkowie tracą około 2,5 km/h na progu, to na skoczni do lotów przekłada się to na 20–30 metrów różnicy. Do tego dochodzą kombinezony — inni skaczą w „workach”, nasi w obcisłych — tłumaczył prezes PZN.

Reklama

To nie tylko kwestia sprzętu, ale i techniki. Mniejsza prędkość oznacza inne wybicie, inny tor lotu, mniej miejsca na błędy rywali.

Nadzieją na zmianę ma być nowy system pomiarów zawodników, który ograniczy możliwości manipulacji przy sprzęcie. Środowisko skoków czeka na jego wprowadzenie z dużymi oczekiwaniami.

Czas decyzji

Choć emocje po sezonie wciąż są żywe, w gabinetach zaczyna się czas chłodnej analizy. Małysz nie chciał wskazywać winnych, szczególnie broniąc trenera kadry.

Maciej Maciusiak pracuje z zespołem od niespełna roku, a mimo trudności dowiózł najważniejszy cel — sukces olimpijski.

Reklama

— Deklarował walkę o medal i przywiózł trzy. To też trzeba jasno powiedzieć — zaznaczył Małysz.

Jednocześnie nie wykluczył zmian. W połowie kwietnia mają zapaść decyzje dotyczące przyszłości kadry. Niewykluczone, że do sztabu dołączy ktoś z zagranicy, kto wniesie nowe spojrzenie i pomoże rozwiązać problemy, które dziś wydają się trudne do uchwycenia.

Bo jeśli ten sezon czegoś nauczył, to przede wszystkim tego, że w skokach narciarskich nic nie jest oczywiste. Nawet wtedy, gdy wszystko — przynajmniej na papierze — wydaje się działać.

Źródło: PAP, Zdj. PAP
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama