Mark Rutte, obecny Sekretarz Generalny NATO, a wcześniej przez 14 lat premier Holandii, stojący na czele czterech rządów, jest w Polsce politykiem niedocenianym, a nawet lekceważonym. Niesłusznie. Z pewnością ma on jedną zdolność, która warto docenić nie tylko z tego względu, że pozwoliła mu ona utrzymać się na czele rządów koalicyjnych w bardzo politycznie podzielonym kraju. Tą cechą, którą Rutte z pewnością posiada jest umiejętność wyczucia ducha nadchodzących czasów, odpowiednio wczesnego dostrzeżenia skąd „wieje wiatr historii” i zajęcia dogodnej pozycji.
Mając to w pamięci warto odczytać przesłanie nowego Sekretarza Generalnego NATO z wywiadu, którego ten udzielił dla dziennika The Times. Powiedział on, że niezależnie od tego, kto będzie zasiadał w Białym Domu w najbliższych latach państwa członkowskie będą pod narastającą presją z Waszyngtonu, aby zwiększyć wydatki na zbrojenie. Pułap 2 proc. PKB jest w nowych realiach nie do utrzymania, teraz trzeba będzie myśleć o wydawaniu 3 proc.. Rutte uspokajał swoich rozmówców w kwestii ewentualnego powrotu do izolacjonizmu mówiąc, że „w nowym niespokojnym świecie” Ameryka potrzebuje NATO, aby gwarantować sobie bezpieczeństwo co najmniej w takim stopniu, jak Europa potrzebuje wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych. W dobrze rozumianym, obopólnym interesie, będzie zatem utrzymanie związków sojuszniczych, choć jasne jest, że kontrybucja państw naszego kontynentu będzie musiała wzrosnąć.