17 czerwca Polska i Niemcy mają podpisać nowe porozumienie dotyczące współpracy obronnej. Sam dokument może wydawać się techniczny i mało polityczny, ale sposób jego przyjęcia już dziś wywołuje ogromne emocje. Wszystko dlatego, że rząd Donalda Tuska zdecydował się na formułę, która — według interpretacji koalicji — nie wymaga podpisu prezydenta. W praktyce oznacza to próbę ominięcia Pałacu Prezydenckiego i ograniczenia wpływu głowy państwa na politykę zagraniczną oraz bezpieczeństwo.
To kolejny rozdział narastającego konfliktu między rządem a prezydentem Karolem Nawrockim. Tym razem stawką nie jest jednak wyłącznie polityczny prestiż, ale również dostęp do strategicznych informacji dotyczących międzynarodowych porozumień wojskowych.
O planowanym podpisaniu porozumienia jako pierwszy mówił ambasador Niemiec w Polsce Miguel Berger podczas konferencji Impact w Poznaniu. Termin — 17 czerwca — nie jest przypadkowy. To rocznica podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie. Datę później potwierdził także wiceszef MON Paweł Zalewski.
Nowa umowa obejmuje m.in. mobilność wojskową, logistykę, współpracę na Bałtyku, cyberbezpieczeństwo oraz kwestie związane z przestrzenią kosmiczną. Dokument ma także rozwijać współpracę pomiędzy poszczególnymi rodzajami sił zbrojnych i odpowiadać na nowe wyzwania technologiczne współczesnego pola walki.
Problem polega jednak na tym, że rząd świadomie zdecydował się utrzymać porozumienie na niższym szczeblu formalnym. Dzięki temu — w ocenie koalicji — dokument nie będzie wymagał ratyfikacji przez prezydenta.
Jak ustaliła PAP w Berlinie, niemiecka strona była gotowa podpisać znacznie szerszą umowę, wzorowaną na rozwiązaniach zawartych wcześniej z Francją czy Wielką Brytanią. Na taki wariant nie zgodziła się jednak Warszawa.
To decyzja, która ma swoją cenę. W przeciwieństwie do porozumień z Londynem czy Paryżem, nowa umowa z Niemcami nie przewiduje dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa wykraczających poza zobowiązania NATO i Unii Europejskiej. Innymi słowy — rząd wybiera polityczną wygodę i możliwość ominięcia prezydenta kosztem mocniejszego formatu współpracy.
Politycy rządu nie ukrywają już nawet powodów przyjęcia takiej formuły. W czerwcu minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski otwarcie stwierdził w Programie Trzecim Polskiego Radia, że traktat z Niemcami zostałby zawetowany przez prezydenta.
— „Bo wszyscy znamy obsesję PiS-u i pana prezydenta w sprawach niemieckich” — mówił szef MSZ.
Jeszcze ostrzej wypowiadał się minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz, który przekonywał, że „szlag go trafia”, gdy słyszy o Kancelarii Prezydenta jako „pępku świata”.
Tyle że Pałac Prezydencki od początku podnosił przede wszystkim problem proceduralny. Karol Nawrocki wielokrotnie zwracał uwagę, że jako zwierzchnik Sił Zbrojnych nie jest informowany o szczegółach negocjacji dotyczących strategicznych umów wojskowych.
Przy okazji podpisania traktatu z Wielką Brytanią prezydent mówił wprost, że nie otrzymał żadnych analiz ani informacji dotyczących prowadzonych rozmów.
— „Biuro Bezpieczeństwa Narodowego nie przeprowadziło analiz, więc tutaj pan premier Kosiniak-Kamysz się wygłupił. Rząd nie wykonał pewnej pracy” — stwierdził Nawrocki.
Spór coraz wyraźniej przestaje dotyczyć samej treści umów, a zaczyna dotyczyć walki o kompetencje i wpływy w polityce bezpieczeństwa państwa.
MON przekonuje, że podpisywana umowa ma charakter techniczny i wpisuje się w standardową współpracę państw sojuszniczych. Resort podkreśla również, że dokument zastąpi obowiązujące porozumienie z 2011 roku.
Jednak polityczne znaczenie całej sprawy jest znacznie większe. Zwłaszcza że rząd nie zamierza kończyć ofensywy dyplomatycznej na Niemczech.
Po wcześniejszych porozumieniach z Francją, Wielką Brytanią i teraz Berlinem, kolejnym celem ma być traktat z Włochami. Pod koniec maja premier Donald Tusk zapowiedział rozpoczęcie prac nad takim dokumentem po rozmowach z premier Giorgią Meloni.
W praktyce oznacza to, że konflikt między rządem a prezydentem o kontrolę nad polityką zagraniczną może dopiero się rozpędzać. A każda kolejna umowa będzie nie tylko testem relacji z europejskimi partnerami, ale również kolejnym polem wojny politycznej w Warszawie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze