Reklama

Ukrywani przed światem przez lata. Ekspertka wskazuje na wstyd i strach

Sprawy Mirelli ze Świętochłowic, Magdaleny z Krakowa i rodzeństwa spod Suwałk pokazują dramaty, które przez lata miały rozgrywać się za zamkniętymi drzwiami domów. Osoby dorosłe, według dotychczasowych ustaleń, żyły w izolacji, często bez realnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczna, w rozmowie z „Faktem” wskazuje, że za takimi historiami mogą stać dawny model społeczny, wstyd, lęk przed oceną i brak wsparcia.

Dramaty wychodzą na jaw po latach

W ostatnich miesiącach opinia publiczna poznała kilka wstrząsających historii osób, które przez wiele lat miały żyć w izolacji. Jedną z nich jest sprawa Mirelli ze Świętochłowic, która według opisywanych ustaleń przez 27 lat miała przebywać w jednym pokoju, odcięta od normalnego życia społecznego. Kobieta została znaleziona w złym stanie zdrowia, a sprawą zajęły się służby.

Podobny dramat ujawniono w Krakowie. Magdalena K., dziś 51-letnia kobieta, przez blisko 30 lat miała nie wychodzić z mieszkania. Sprawa wyszła na jaw po tym, jak jej matka zaczęła wyrzucać przez okno karteczki z dramatycznymi prośbami o pomoc. Na skrawkach papieru miały pojawiać się słowa: „ratunku”, „pomocy”, „córka”.

Reklama

Kolejna sprawa dotyczy 47-letniego rodzeństwa spod Suwałk. Według ustaleń śledczych brat i siostra mieli być przez lata izolowani w rodzinnym domu. Prokuratura informowała, że matka i siostra rodzeństwa usłyszały zarzuty dotyczące znęcania się i wieloletnich zaniedbań. Postępowanie w tej sprawie pozostaje w toku.

„Rodziny ukrywały dzieci”

Prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczna i wykładowczyni Uniwersytetu SWPS w Katowicach, w rozmowie z „Faktem” podkreśla, że aby zrozumieć takie historie, trzeba cofnąć się o wiele lat. Według ekspertki część tych dramatów zaczynała się w realiach zupełnie innego modelu społecznego.

Reklama

W przeszłości większe znaczenie miało to, jak rodzinę postrzega lokalna społeczność. Silna była presja otoczenia, a osoby chore, słabsze lub postrzegane jako „inne” często stawały się dla bliskich źródłem lęku i wstydu.

„Rodziny ukrywały dzieci” – mówiła prof. Popiołek, wskazując, że dawniej osoby z niepełnosprawnościami lub problemami zdrowotnymi rzadko były widoczne w przestrzeni publicznej.

Zdaniem psycholożki rodzice mogli obawiać się komentarzy sąsiadów, oceniania i społecznego napiętnowania. W takich warunkach izolacja mogła być traktowana jako sposób uniknięcia reakcji otoczenia, choć w praktyce prowadziła do pogłębiania krzywdy.

Reklama

Wstyd, samotność i brak wsparcia

Ekspertka zaznacza, że problemu nie da się sprowadzić tylko do wstydu. W tle często pojawiał się także brak systemowej pomocy, niewiedza, samotność rodzin i brak edukacji społecznej.

Rodziny, które nie radziły sobie z chorobą, niepełnosprawnością albo kryzysem psychicznym dziecka, często zostawały same. Bez odpowiedniego wsparcia mogły zamykać się coraz bardziej, ograniczając kontakty z otoczeniem.

W ocenie prof. Popiołek w wielu takich historiach działało kilka mechanizmów jednocześnie. Rodzice mogli tłumaczyć sobie izolowanie dziecka próbą ochrony przed światem, ale jednocześnie odbierali mu możliwość samodzielności, kontaktu z ludźmi i normalnego funkcjonowania.

Reklama

Dorosła już osoba, zwłaszcza jeśli była osłabiona, chora, zależna od rodziny albo po traumie, mogła nie mieć siły, by przeciwstawić się temu układowi.

Izolacja nie zaczyna się jednego dnia

Psycholog podkreśla, że takie dramaty zwykle nie pojawiają się nagle. To proces, który może zaczynać się od lęku, wycofania, unikania kontaktów i stopniowego odcinania osoby od świata.

„To jest proces” – wskazywała prof. Popiołek.

Im dłużej trwa izolacja, tym trudniej ją przerwać. Osoba, która przez wiele lat żyła bez kontaktu z rówieśnikami, sąsiadami, instytucjami i codziennym światem, nie wraca do normalności natychmiast po otwarciu drzwi. Potrzebuje leczenia, opieki, zaufania, bezpieczeństwa i długotrwałego wsparcia.

Reklama

Ekspertka zwraca uwagę, że samo powiedzenie komuś „wyjdź” nie wystarczy. Osoby po wieloletniej izolacji trzeba realnie przeprowadzić przez proces powrotu do społeczeństwa.

Sąsiedzi i instytucje nie mogą odwracać wzroku

W sprawach, które wyszły na jaw w Polsce, powtarza się pytanie o to, dlaczego przez tyle lat nikt nie zareagował albo dlaczego wcześniejsze sygnały nie doprowadziły do skutecznej pomocy.

Prof. Popiołek podkreśla, że w takich sytuacjach ważna jest reakcja otoczenia. Jeżeli ktoś znika z życia społecznego, przez lata nie wychodzi z domu, nie ma kontaktu z sąsiadami, lekarzem, szkołą lub instytucjami, powinno to budzić niepokój.

Reklama

Znaczenie mają tu nie tylko służby, ale też lokalna społeczność, rodzina, sąsiedzi, ośrodki pomocy społecznej i samorząd. Izolowana rodzina często sama nie potrafi wydostać się z wieloletniego zamknięcia. Konieczne jest więc działanie z zewnątrz.

Polska się zmieniła, ale problem nie zniknął

Według prof. Popiołek dzisiejsza Polska jest bardziej świadoma niż kilkadziesiąt lat temu. Osoby z niepełnosprawnościami są obecne w szkołach, pracy, sporcie, kulturze i mediach. Społeczeństwo stało się bardziej otwarte, a system pomocy jest bardziej rozwinięty niż dawniej.

Reklama

Nie oznacza to jednak, że problem całkowicie zniknął. Historie, które dziś wychodzą na jaw, często zaczynały się wiele lat temu, w innych realiach społecznych i rodzinnych. Ich źródłem mogły być choroba, lęk, wstyd, izolacja i narastająca przez lata samotność.

Sprawy Mirelli, Magdaleny i rodzeństwa spod Suwałk pokazują, że za zamkniętymi drzwiami mogą przez lata rozgrywać się dramaty niewidoczne dla otoczenia. Dlatego każdy sygnał o możliwej izolacji, zaniedbaniu lub przemocy powinien być traktowany poważnie i zgłaszany właściwym instytucjom.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama