Ponad pięć tygodni wyprawy, 18 dni akcji górskiej, mało snu, ekstremalny wysiłek i jeden moment, który zostaje na całe życie. Wioletta Gutfrańska z Ostródy zdobyła Manaslu — swój pierwszy ośmiotysięcznik. Jak mówi, na szczycie poczuła ogromną radość, wdzięczność i siłę, której wcześniej w sobie nie znała.
Manaslu nie wybacza błędów. To jedna z najwyższych i najbardziej wymagających gór świata, położona w nepalskich Himalajach. Nazywana Górą Ducha, od lat budzi respekt nie tylko wśród wspinaczy, ale i miejscowej ludności, która uważa ją za miejsce święte. W tym roku na jej wierzchołku stanęła Wioletta Gutfrańska z Ostródy — alpinistka, podróżniczka i nauczycielka, która spełniła swoje wielkie marzenie o zdobyciu pierwszego ośmiotysięcznika.
Szczyt Manaslu wznosi się na wysokość 8163 metrów nad poziomem morza, choć w niektórych źródłach pojawia się też wysokość 8156 metrów. Jest uznawany za ósmy najwyższy szczyt Ziemi. Sama nazwa wywodzi się z sanskrytu i oznacza ducha lub duszę. To góra piękna, ale zarazem niebezpieczna — z gwałtowną pogodą, lawinami i wymagającą trasą.
Wyprawa trwała ponad pięć tygodni. Sama akcja górska zajęła 18 dni, ale przygotowania do wyjazdu zaczęły się znacznie wcześniej — niemal rok przed wyprawą. Nie było tu miejsca na przypadek. Ośmiotysięcznik wymaga nie tylko kondycji, ale też konsekwencji, siły psychicznej i odporności na długotrwałe zmęczenie.
Jednym z najtrudniejszych odcinków okazała się droga z obozu pierwszego do drugiego, prowadzona przez lodowiec pełen szczelin. Wysoko nad głowami wspinaczy wisiały seraki, czyli potężne bloki lodu, które w każdej chwili mogły się oberwać. To właśnie ten fragment trasy Wioletta Gutfrańska wspomina jako szczególnie wymagający i niebezpieczny, zwłaszcza podczas pierwszego podejścia, kiedy organizm nie był jeszcze w pełni zaaklimatyzowany.
Do tego doszło załamanie pogody i przymusowy nocleg w obozie pierwszym. Na Manaslu intensywne opady śniegu oznaczają poważne zagrożenie lawinowe, a każda decyzja musi być podejmowana z wielką ostrożnością.
Atak szczytowy rozpoczął się 25 września około godziny 23.00. W nocy niebo było pełne gwiazd, ale piękno tej chwili szybko ustępowało miejsca walce ze zmęczeniem, zimnem i wysokością. Każdy kolejny metr wymagał ogromnego wysiłku.
Na szczycie Manaslu alpinistka stanęła 26 września o 5.15 rano. Jak wspomina, był to moment ogromnej radości i wdzięczności — za spełnienie marzenia, za łaskawość góry i za odkrycie w sobie siły, która pozwala iść dalej mimo skrajnego wyczerpania.
Powrót okazał się równie trudny jak wejście. Po ataku szczytowym nie spała przez 36 godzin. Organizm działał już na granicy możliwości, a każdy krok wymagał mobilizacji resztek energii. W górach wysokich samo wejście na szczyt nie oznacza jeszcze sukcesu. Najważniejsze jest bezpieczne zejście.
W wyprawach himalajskich nie chodzi wyłącznie o siłę nóg czy wydolność. Wysokie góry sprawdzają całego człowieka. Na dużej wysokości zwykłe czynności stają się trudne, ruchy są wolniejsze, szybko pojawia się zadyszka, a organizm zużywa ogromne ilości energii.
Do tego dochodzą zagrożenia, których nie widać na zdjęciach: odwodnienie, poparzenia słoneczne, trudności z oddychaniem, problemy ze snem i ryzyko infekcji, której w takich warunkach nie sposób skutecznie leczyć. Na wysokości trzeba wypijać nawet 4,5 litra płynów dziennie, choć po pewnym czasie picie staje się wręcz przymusem.
Wioletta Gutfrańska przyznaje, że bardzo mocno przeżyła moment, gdy nocą w namiocie zaczęło brakować jej oddechu, bo śnieg przysypał wejście i ograniczył dopływ powietrza. To jeden z tych epizodów, które pokazują, jak cienka granica dzieli w górach bezpieczeństwo od realnego zagrożenia życia.
Takiej góry nie da się zdobyć „z marszu”. Ostródzianka podkreśla, że kluczem jest systematyczność. Jej przygotowania obejmowały bieganie, trening siłowy, wspinaczkę, jazdę na rolkach, długie marszobiegi oraz wyjazdy w Tatry i Alpy, gdzie mogła ćwiczyć poruszanie się po lodowcu i odświeżać technikę.
Najtrudniejszy był jednak nie sam wysiłek fizyczny, ale pogodzenie treningów z codziennym życiem zawodowym i rodzinnym. Trzeba było znaleźć czas na sport nawet późnym wieczorem, po pracy i obowiązkach domowych. To wysiłek, którego często nie widać, gdy ogląda się już tylko zdjęcia ze szczytu.
Po każdym wyjściu wyżej wracała do Base Campu położonego na wysokości 4700 metrów. To tam wspinacze odpoczywają, śpią, czytają, rozmawiają i czekają na kolejne okno pogodowe. To także przestrzeń spotkań z ludźmi z całego świata i z Szerpami, którzy są nieocenioną częścią himalajskich wypraw.
Wioletta Gutfrańska mówi o nich z ogromnym szacunkiem. Podkreśla ich oddanie, szczerość, poczucie humoru i gotowość do pomocy. Dla wielu z nich praca przy wyprawach to źródło utrzymania dla całych rodzin przez kolejne miesiące.
Ważnym momentem przed właściwą wspinaczką była też ceremonia pudży — buddyjski rytuał odprawiany przez lamę, bez którego Szerpowie nie zaczynają drogi w górę. To symboliczny czas modlitwy i prośby o bezpieczeństwo, głęboko zakorzeniony w miejscowej tradycji.
Na to pytanie wielu wspinaczy odpowiada podobnie: majestat, przestrzeń, cisza, poczucie wolności i niezwykła koncentracja na tu i teraz. Dla Wioletty Gutfrańskiej góry są także miejscem, w którym można pobyć sam na sam ze sobą, uporządkować myśli i nabrać sił do codzienności.
W takim świecie zwykłe problemy przestają mieć tę samą wagę. Pojawia się rytm marszu, skupienie na oddechu i uważność na wszystko, co dzieje się wokół. Zdjęcia i relacje mogą pokazać fragment tej rzeczywistości, ale nie oddają w pełni emocji, jakie towarzyszą zdobywaniu wielkich gór.
Alpinistka nie ukrywa, że za tym sukcesem stoi także wsparcie najbliższych. Szczególnie dziękuje mężowi Krzysztofowi, który podczas jej wyprawy został w domu i przejął wszystkie obowiązki związane z opieką nad ich dziećmi, w tym niepełnosprawną córką oraz nastoletnim synem Kajetanem.
To właśnie takie wsparcie pozwala realizować pasję, która wymaga nie tylko odwagi, ale i wielu wyrzeczeń całej rodziny.
Na co dzień Wioletta Gutfrańska pracuje jako nauczycielka i wicedyrektorka Zespołu Szkół Zawodowych im. Sándora Petöfiego w Ostródzie. Góry od dawna zajmują ważne miejsce w jej życiu. Zdobyła już najwyższe szczyty Europy, Afryki, Ameryki Północnej, Ameryki Południowej, Kaukazu i Australii.
Do skompletowania Korony Ziemi brakuje jej jeszcze Mount Vinsona na Antarktydzie i Mount Everestu. Choć nie wyklucza powrotu w Himalaje, do najwyższej góry świata podchodzi z dystansem. Jak przyznaje, Everest coraz bardziej przeraża ją swoją komercjalizacją, tłokiem i kosztami, które dla wielu wspinaczy stają się barierą nie do pokonania.
Wszystkie dotychczasowe wyprawy Wioletty Gutfrańskiej, w tym ta na Manaslu, odbywały się pod patronatem starosty ostródzkiego i przy wsparciu powiatu ostródzkiego. Dlatego na każdym zdobytym przez nią szczycie pojawia się flaga powiatu z różą Jana Bażyńskiego.
Po wejściu na Manaslu ta flaga znów załopotała bardzo wysoko. A razem z nią — historia o determinacji, odwadze i marzeniu, które udało się spełnić.
Barbara Chadaj-Lamcho
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze