Mój wredny i podstępny umysł – z bliżej nieznanych nikomu powodów oraz przy stopniu prawdopodobieństwa graniczącym z pewnością – połączył ukraińską ofensywę w obwodzie kurskim z niedawną peregrynacją Wołodymyra Zełenskiego do Stanów Zjednoczonych.
Wiem, że mogą być Państwo zdumieni czytając podobne tezy, ale – gdy podumać nad nimi głębiej – to niekoniecznie muszą one wynurzać się z szuflady przeznaczonej dla kompletnych absurdów. Dodatkowo, jeśli uświadomić sobie fakt, że wykoncypowano je w gabinetach polityków i ich doradców, to każda głupota może uchodzić za prawdopodobną, albowiem selekcja negatywna obowiązująca przy kooptacji do szczytów władzy na całym świecie spowodowała, iż możemy spodziewać się dosłownie wszystkiego. Nie byłbym specjalnie zaskoczony, gdyby za kilka lat ukazały się drukiem jakieś wstrząsające pamiętniki jednego z najbliższych współpracowników prezydenta Ukrainy, w których opisze on genezę powstania pomysłu wtargnięcia nacierających wojsk na teren Rosji – pierwszy raz od czasów II Wojny Światowej – po to, aby pokazać głównym graczom międzynarodowym militarną potęgę Kijowa, co mogłoby wspomóc pozycję negocjacyjną delegacji spod niebieskożółtego sztandaru. Moim Czytelnikom jestem winien przypomnienie, że oddziały zmechanizowane i czołgów zaatakowały Rosjan – bezsprzecznie czyniąc duże postępy i dokonując znacznych zdobyczy terytorialnych – 6 sierpnia 2024 roku, czyli na niecałe dwa miesiące przed nowojorskim spotkaniem Biden-Zełenski. Jeśli odłożyć te dwa wydarzenia na osi czasu i przyjrzeć się bliżej wysiłkowi propagandowemu, jaki włożono w podkreślenie ważności i sukcesu ofensywy, to trudno oprzeć się wrażeniu, że manewr ów miał być falą niosącą naszych wschodnich sąsiadów podczas pertraktacji z Amerykanami. Niestety, także dla nas, Kijów otrzymał w Wielkim Jabłku bolesną lekcję polityki realnej i, najprawdopodobniej, zostanie zmarnowana danina żołnierskiej krwi.