W życiu pani Alicji ogromną rolę pełnią rodzina i wiara. To one pozwoliły jej przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu i dały motywację do walki z chorobą nowotworową. — Nie bójmy się mówić o naszych chorobach. Z rakiem trzeba walczyć; wsparciem są rodzina i bliscy — przekonuje.
Pani Alicja pochodzi z Braniewa, a obecnie mieszka w Olsztynie. Jest niezwykłą kobietą. Silna, przebojowa, optymistycznie nastawiona do ludzi i świata. Kocha i jest kochana. Wspaniała żona, mama dwójki dzieci: Michała i Karoliny i babcia Pauliny, Karola i Damiana. Bardzo kocha swoje dzieci, ale wnuki przysłoniły jej cały świat, bo jak mówi, nie ma nic piękniejszego od słowa „babciu” na dzień dobry.
— Jestem szczęściarą, bo moja rodzina to moja siła — mówi pani Alicja. — Rodzina da siłę, jeśli będziemy potrafili z każdego doświadczenia czerpać dobre rzeczy. Każdy z nas ma swoje mocne i słabe strony. Piękną lekcją jest kochać za to ludzi, czerpać z tego. Tego nas może nauczyć przede wszystkim rodzina. Po wszystkich życiowych przejściach uważam, że człowiekowi do szczęścia niezbędna jest rodzina. Nic nam nie daje takiego wsparcia jak ci, którzy kochają nas bezwarunkowo.
Przekonałam się o tym w swoim życiu niejednokrotnie. Choroba pokazała mi, że w najtrudniejszych chwilach bliskość mojego męża i dzieci trzymała mnie przy życiu. I wiara. Ona też daje mi siłę do życia i walki o każdy dzień. Wiara w Boga daje mi wewnętrzną siłę do przetrwania najtrudniejszych momentów. Pozwala mi trwać i żyć. Daje mi nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Są dla siebie całym światem
Pani Alicja z mężem są razem 46 lat; pobrali się w kwietniu 1980 roku w Braniewie. Oboje stąd pochodzą. Pani Alicja miała 15 lat, a pan Jerzy 16, gdy się po raz pierwszy spotkali na majowej mszy świętej. Od tamtej chwili darzyli się coraz głębszym uczuciem. Kiedy pani Alicja miała 20 lat, wstąpili w związek małżeński i trwają w nim zgodnie do dziś.
— To pierwsza i jedyna miłość. — Pani Alicja śmieje się. — Mąż jest moim największym wsparciem i przyjacielem. Nigdy mnie nie zawiódł. Nasza miłość jest wciąż taka sama, choć o wiele dojrzalsza. Przeżyliśmy razem wiele pięknych chwil. Były też trudne momenty, ale we wszystkich byliśmy razem, mogliśmy na siebie liczyć, wspierać się. Mając przy sobie kochaną osobę, żadne trudności nie są straszne.
Diagnoza brzmiała jak wyrok
Kiedy pani Alicja miała 47 lat, zaczęła boleć ją lewa ręka. Pewnego dnia włączyła telewizor i zaczęła oglądać program o kobiecie chorej na nowotwór. Kobieta była już po chemii, nie miała włosów. Wtedy pani Alicja pomyślała: „Żeby mnie coś takiego nie spotkało”. Zgłosiła się na badanie do ginekologa.
— Był czwartek. Lekarz mnie zbadał i powiedział, że wszystko jest w porządku — opowiada.— Przyznam się, że nie byłam kilkanaście lat u ginekologa, więc ucieszyłam się, że jestem zdrowa. Ręka wciąż mnie bolała. Po powrocie do domu odwiedziła mnie siostra i powiedziała, że powinnyśmy pojechać na mammografię.
Dwa dni później, w sobotę, pani Alicja wraz z siostrą stawiła się na badaniach. Mina pielęgniarki podczas mammografii nie wróżyła nic dobrego; skierowano ją do lekarza onkologa, tego samego dnia zrobiono też biopsję. Dwa tygodnie później wynik badania nie pozostawił już żadnych wątpliwości — diagnoza brzmiała: rak.
— Kiedy dowiedziałam się, że mam nowotwór, nie mogłam w to uwierzyć — tłumaczy. — Kiedy lekarz przekazał mi tę informację, zrobiło mi się słabo, a całe życie przeleciało mi przed oczami. Dlaczego ja? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Czy umrę? Kiedy? Nie doczekam matury córki? W pierwszym odruchu miałam ochotę się poddać, jednak zaraz mój mąż i dzieci zaczęli mnie pocieszać, obiecali pomóc. Postanowiłam walczyć. Wiedziałam, że ta wojna toczy się o najwyższą stawkę: życie. Miałam dla kogo żyć, miałam przy sobie wspaniałego człowieka, którego darzę ogromną miłością, dzieci i wnuka. Dla nich i męża postanowiłam wygrać wojnę z rakiem. Modliłam się, żeby dożyć do matury córki, poznać jej męża, doczekać się kolejnych wnuków. Chciałam patrzeć na ich szczęście.
Walka o życie
Pani Alicja poddała się w centrum onkologii w Warszawie operacji usunięcia lewej piersi wraz z węzłami chłonnymi. Przeszła 10 chemii i 26 naświetlań. Długi czas była pod kontrolą lekarza.
— Każdy dzień po operacji przyjmowałam z radością i wiarą. W tym trudnym czasie wszystkie, nawet najmniejsze gesty wsparcia, pomocy były dla mnie bardzo ważne. Dawały mi siłę, by walczyć — wspomina. — Mąż bardzo mnie wspierał, przyjeżdżał po mnie z kwiatkiem. Woził mnie na operację, zabiegi, konsultacje i rehabilitację.
Pozytywnie patrzą w przyszłość
Minęło już kilkanaście lat od tamtych wydarzeń. Dziś pani Alicja cieszy się z każdego dnia i z optymizmem patrzy wraz z mężem w przyszłość.
— Wierzę, że wszystko, co zsyła na nas los, jest po coś — zapewnia. — Jesteśmy wiecznie zabiegani, gonimy za karierą, pieniędzmi. Często nie dostrzegamy tego, co mamy. A życie trzeba przeżyć samemu i tak, żebyśmy zostawili po sobie dobre wspomnienia. Nigdy nie można się poddawać, trzeba walczyć, bo jest o co. Ja mam cudowne dzieci i wnuki, i najwspanialszego męża, który jest przy mnie w zdrowiu i w chorobie. Mamy tyle marzeń i planów! Wierzę, że nad nami ktoś czuwa i że każdy dzień to dar od Boga. Ile dajemy dobrego z siebie, tyle do nas powróci. Od innych osób, w innej postaci, w innym czasie, ale na pewno powróci... Warto pomagać. Gdy tylko zachorowałam, namawiałam koleżanki na badania. Wsparcie osób, które już przeżyły tę chorobę, jest ważne. Nie bójmy się mówić o naszych chorobach i obawach, mówmy o tym głośno, nie wstydźmy się szukać pomocy. Z rakiem trzeba walczyć, ale nie trzeba walczyć samotnie.
Joanna Karzyńska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze