Reklama

„Polska jest Litwie niezbędna”. Dlaczego więc nie broni własnych rodaków? [NASZ WYWIAD]

Polacy stanowią zaledwie około 6 proc. mieszkańców Litwy, ale na Wileńszczyźnie ich znaczenie jest nieporównywalnie większe. Dlaczego mimo silnej reprezentacji politycznej od lat walczą o swoje szkoły i język? Czy litewska polityka prowadzi do stopniowej asymilacji polskiej społeczności? I dlaczego Warszawa, choć przeznacza coraz większe pieniądze na pomoc rodakom na Litwie, nie wykorzystuje swojej pozycji do skutecznej obrony ich praw? Rozmawiamy z Karolem Kaźmierczakiem, Polakiem mieszkającym na Litwie, publicystą i redaktorem portalu Kresy.pl.

Polacy to tylko 6 procent. Ale w Wilnie już 15

Barbara Mikulska-Rola (B.M.-R.): Polacy stanowią znaczącą część społeczeństwa Litwy, a na Wileńszczyźnie są lokalnie większością. Jak duże jest w rzeczywistości znaczenie tej społeczności?

Karol Kaźmierczak (K.K.): Czy aż tak znaczącą - zawsze można o to pytać, bo jest to około 6 proc. litewskiego społeczeństwa. Czy to jest dużo? Myślę, że nie aż tak dużo i nie odgrywałoby to aż takiej roli, gdyby nie to, że Polacy stanowią znaczącą część ludności samej stolicy. W Wilnie jest ich około 15 proc. A stolica zdecydowanie wyróżnia się na tle kraju. Wilno, ze swoimi sześciuset kilkudziesięcioma tysiącami mieszkańców, zdecydowanie odbija się od reszty Litwy.

Reklama

Po drugie, wokół samej stolicy Polacy stanowią - można powiedzieć - w takim rogalu od wschodu, południa i zachodu często bardzo poważną część ludności albo wręcz większość. Oczywiście to również się zmienia. Na początku lat 90. można było powiedzieć, że już tuż za granicami Wilna zaczynały się dość wiejskie tereny z polską większością. Teraz sytuacja jest inna. Z różnych względów nastąpiła tam zmiana stosunków narodowościowych - czasami w sposób naturalny, a czasami poprzez pewne instytucjonalne praktyki związane między innymi z reprywatyzacją własności na początku lat 90. Ale nadal możemy powiedzieć, że wokół litewskiej stolicy Polacy albo są większością, albo stanowią połowę mieszkańców, albo bardzo istotną część ludności. W tym sensie mają znaczenie.

Jest jeszcze trzeci czynnik. Jest to obszar pograniczny - choć nie przygraniczny z Polską, lecz z Białorusią. To dodaje jeszcze kolejny kontekst.

Reklama

„Nie powiedziałbym, że Polacy na Litwie są politycznie słabi”

B.M.-R.: Skoro Polacy mają tak duże znaczenie na Wileńszczyźnie, dlaczego wciąż mają problemy z obroną swoich praw, języka i szkolnictwa? Czy są po prostu politycznie za słabi?

K.K.: Ja nie powiedziałbym, że oni są politycznie słabi. W sensie relatywnym powiedziałbym wręcz coś przeciwnego. Jeśli przyjrzymy się sytuacji mniejszości narodowych w Europie, to z trudem przyjdzie mi wymienić takie, które praktycznie nieprzerwanie mają swoją typowo narodowościową partię w parlamencie.

Mało tego, Polacy na Litwie są w stanie wyłonić swojego reprezentanta do Parlamentu Europejskiego. Waldemar Tomaszewski jest europosłem od 2009 roku. A zwróćmy uwagę, że Litwa ma bardzo niewielką pulę mandatów w Parlamencie Europejskim, więc realny próg wejścia - nie formalny próg wyborczy, ale rzeczywisty próg potrzebny do zdobycia mandatu - jest naprawdę wysoki. Mimo to tej partii ciągle się to udaje.

Reklama

Biorąc pod uwagę ich realne możliwości - a przypominam jeszcze raz, że mówimy o społeczności stanowiącej około 6 proc. ludności - moim zdaniem politycznie udało im się osiągnąć bardzo dużo.

B.M.-R.: Czyli problem nie leży w politycznej słabości samych Polaków?

K.K.: Nadal jest to tylko 6 proc. I jest jasne, że jeżeli mamy konfrontację 6 proc. kontra 94 proc., to ustawia nam to pewne realia i warunki brzegowe. Do tego dochodzi kwestia samej litewskiej tożsamości. Niewątpliwie jest ona bardzo mocno zorientowana na etniczność, a szczególnie na język. W moim przekonaniu społeczeństwo litewskie i jego elity są w takim swoim domyślnym ustawieniu dużo bardziej etnocentryczne niż społeczeństwo polskie.

Reklama

B.M.-R.: Skąd bierze się tak silne przywiązanie do języka jako podstawy litewskiej tożsamości?

Wynika to z historycznego ukształtowania tej tożsamości. To jest typowy młody naród XIX-wieczny, kształtowany w dużej mierze na warstwie chłopskiej przez inteligencję, która w procesie jego tworzenia kładła nacisk nie na doświadczenie tradycji państwowej. Odwoływanie się do Wielkiego Księstwa Litewskiego jest raczej pewnym mitem niż realną ciągłością.

Nacisk położono właśnie na kwestie etniczne, a szczególnie na język, który jest uważany za absolutny rdzeń tej tożsamości i państwa. Jeżeli zajrzymy do obecnej konstytucji Republiki Litewskiej, to oczywiście znajdziemy obywatelską definicję narodu - podobnie jak w Polsce. Natomiast w preambule pojawia się sformułowanie dotyczące narodu jako wspólnoty nosicieli języka litewskiego. To uświadamia nam, że cała kultura polityczna bardzo mocno krąży wokół etniczności i języka.

Reklama

Szczególnie było to widoczne wtedy, gdy państwo było na nowo definiowane i odbudowywane po okresie radzieckim. Niejako odmrożono wtedy kategorie, które wcześniej kształtowały się w bardzo silnym konflikcie z Polską i II Rzeczpospolitą. Niewątpliwie więc spora część litewskiej elity - politycznej, ale też kulturowej, twórczej, publicystycznej czy medialnej - ma takie podejście, że żyjąc na Litwie, każdy powinien w pewnym stopniu przyswajać sobie tę etniczną litewską tożsamość.

Oczywiście można zostawić sobie miejsce na inny język czy dodatkowy szczebel własnej tożsamości. Ale można powiedzieć, że takie podejście bardzo mocno siedzi w tej domyślnej litewskiej tożsamości.

Reklama

Ale to jest jedna sprawa.

Druga to postawa Polski, która nigdy tak naprawdę, twardo, w sporach politycznych tej mniejszości nie poparła w sposób zdecydowany.

„Szkoła jest absolutnie fundamentalna”

B.M-R.: Jednym z najważniejszych punktów sporu pozostaje polskie szkolnictwo. Dlaczego szkoła ma dla przetrwania polskości na Litwie aż takie znaczenie?

K.K.: Szkoła jest absolutnie fundamentalna. Jeżeli mamy taką politykę językową, że w praktyce język polski nie funkcjonuje inaczej niż - ujmując to może nieco brzydko - jako język kuchni, język potoczny, język rozmowy w domu czy rozmowy o sprawach banalnych, to pojawia się zasadniczy problem. W zakresie języka specjalistycznego, zawodowego, u mechanika samochodowego, w sklepie, w odniesieniu do podatków, na uniwersytecie - czyli wszędzie tam, gdzie człowiek kształci się już kierunkowo - obowiązuje język litewski. I wtedy całe wyższe czy specjalistyczne słownictwo czerpie się właśnie z litewskiego.

Reklama

Dlatego szkoła jest głównym mechanizmem utrzymywania języka polskiego. To ona powstrzymuje go przed staczaniem się w stronę pewnego rodzaju żargonu. Takie procesy następują. Dochodzi do żargonizacji potocznego języka polskiego, do mieszania się go trochę z rosyjskim, trochę z litewskim. Szkoła jest właściwie jedyną instytucją, w której funkcjonuje wysoki, literacki język polski.

B.M.-R.: I właśnie dlatego polskie szkoły są stopniowo ograniczane?

K.K.: Przynajmniej części litewskiej elity politycznej bardzo się to nie podoba. Pierwszym kierunkiem działania było tworzenie dla polskich szkół konkurencji. Jeśli trzeba, to nawet poprzez budowanie specjalnych szkół finansowanych bezpośrednio przez ministerstwo, a nie przez samorząd, właśnie w miejscach, gdzie funkcjonują szkoły polskie.

Reklama

Można wskazać przypadek Wilna, gdzie na przełomie wieków postawiono ogromną szkołę z litewskim językiem nauczania, finansowaną bezpośrednio przez ministerstwo. Był tam basen, były - jak na ówczesne czasy - wszelkiego rodzaju udogodnienia. Była to jedna z najbardziej okazałych szkół. Chodziło o to, żeby przyciągać do niej dzieci.

B.M-R.: A drugi kierunek?

K.K.: Depolonizacja samych polskich szkół. Reforma oświatowa z 2011 roku wprowadziła nauczanie części przedmiotów w języku litewskim, a także ujednoliciła egzamin maturalny z języka litewskiego. To jest egzamin absolutnie podstawowy. Bez niego nie można myśleć o dostaniu się na bezpłatne studia. Jest fundamentalnym składnikiem oceny decydującej o kwalifikacji. A w tym ujednoliceniu nie chodziło tylko o wymaganie jednakowych kompetencji komunikacyjnych, ale również na przykład jednakowej znajomości litewskiej literatury i kultury.

Reklama

Tymczasem naturalne było, że uczniowie szkół polskiej mniejszości uczyli się tego trochę mniej, ponieważ jednocześnie poznawali polską kulturę i literaturę. Teraz trwa batalia o dodatkowe zwiększenie liczby lekcji języka litewskiego w tygodniu. A ponieważ obowiązują określone normy dotyczące tego, ile w ogóle może być lekcji, to jeżeli jednego przedmiotu dodamy, któryś inny trzeba będzie ograniczyć. I oczywiście pojawia się - to nie jest jeszcze rzecz dokonana, ale trwa taka debata - możliwość ograniczenia zakresu nauczania języka polskiego, bo jego najłatwiej będzie zmniejszyć.

Polską szkołę łatwiej zamknąć?

B.M.-R.: Była mowa o konkretnych przypadkach likwidowania polskich szkół.

Reklama

K.K.: Do tego dochodzi kiepska demografia Litwy. Można wskazać przykład Połuknia, gdzie funkcjonują dwie szkoły - polskojęzyczne gimnazjum imienia Longina Komołowskiego i litewskojęzyczne gimnazjum Medeinos. I likwiduje się właśnie polską szkołę. Formalnie została zdegradowana do roli filii, ale jest to przedsięwzięcie prowadzące do jej likwidacji.

Mimo że obie szkoły są liczebnie podobne. Mimo że Polacy stanowią tam co najmniej połowę mieszkańców. Mimo że funkcjonują właściwie w tym samym kompleksie budynków, który był remontowany za poważne środki finansowe z Polski. Więc takie są praktyki. Wyraźnie istnieje dążenie do ograniczania liczby tych szkół.

A jeżeli nie można ich po prostu zamknąć, bo prowadziłoby to do zbyt widocznego konfliktu z państwem polskim i byłoby najbardziej oczywistym przejawem polityki asymilacyjnej, który trudno byłoby jakkolwiek wytłumaczyć, to podejmuje się działania zmieniające sposób funkcjonowania samych polskich szkół. Chodzi o to, żeby jak najbardziej zlituanizować proces nauczania.

B.M.-R.: Przykładem jest również problem z podręcznikami?

K.K.: Tak. Wisienką na torcie jest niewydawanie podręczników w języku polskim przy jednoczesnym zakazywaniu sprowadzania takich podręczników z Polski. Jedynym wyjątkiem było zezwolenie kilka lat temu na sprowadzenie z Polski podręczników do samego języka polskiego. Bo wcześniej mieliśmy do czynienia właściwie z takim rodzajem blokady, że nawet do nauki języka polskiego trzeba było używać podręczników przygotowanych i wydanych na miejscu, na Litwie.

Zresztą były one bardzo kiepskiej jakości. Była z tym związana duża afera. Okazało się, że w tych podręcznikach są błędy językowe, że są bardzo słabo przygotowane. Dopiero kilka lat temu Litwa zezwoliła, na zasadzie wyjątku, na sprowadzenie z Polski podręczników do języka polskiego. Reszty podręczników brakuje.

I powoduje to tyle, że szkoła jest formalnie polskojęzyczna, nauczyciel stara się prowadzić wykład z danego przedmiotu po polsku, ale dzieci i tak korzystają z litewskojęzycznego podręcznika. W ten sposób również następuje wypieranie polszczyzny z kolejnych dziedzin wiedzy.

Czy Polacy na Litwie się asymilują?

B.M.-R.: Czy te procesy prowadzą już do asymilacji? Czy kolejne pokolenia Polaków na Litwie coraz słabiej czują swoją polskość?

K.K.: Najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jak w ogóle charakteryzować tożsamość narodową. Czy ona musi być definiowana przez więź z Polską? Bo ta więź w sposób oczywisty osłabła z tego prostego powodu, że ci ludzie od bardzo dawna żyją poza granicami państwa polskiego. Zbliżamy się przecież powoli do stu lat od momentu, kiedy Wileńszczyzna przestała być częścią Polski.

Myślę więc, że jeżeli chcemy badać asymilację, to trzeba patrzeć przede wszystkim na to, na ile funkcjonuje język polski, na ile funkcjonuje polska kultura. To, że część tych ludzi uważa Litwę za swoją ojczyznę, jest czymś naturalnym. To jest postawa patriotyzmu terytorialnego. Oni są związani z Litwą.

Asymilację rozumiem raczej jako zatracenie języka, zatracenie uczestnictwa w kulturze polskiej, przeżywania polskiej kultury, zatracenie polskich kodów kulturowych i tak dalej. I pod tym względem nie jest jeszcze źle.

B.M.-R.: Gdzie więc asymilacja postępuje najszybciej?

K.K.: Tam, gdzie ludność polska jest coraz bardziej rozpuszczona wśród ludności niepolskiej. To może dotyczyć przede wszystkim Wilna. Polacy stanowią około 15 proc. mieszkańców Wilna, ale nie są skoncentrowani w jednej dzielnicy, w której stanowiliby większość. Pewnym wyjątkiem może być Nowa Wilejka, która jest mało litewska, bo bardzo wysoki jest tam nie tylko odsetek Polaków, ale również Rosjan czy szerzej ludzi słowiańskojęzycznych. Natomiast zasadniczo Polacy w Wilnie są rozproszeni.

Są mieszane małżeństwa, a wiadomo, że dzieci z takich małżeństw stają przed pewnego rodzaju koniecznością świadomego kreowania i podtrzymywania swojej tożsamości. Takie dziecko ma matkę jednej narodowości, ojca drugiej i zawsze będzie to dla niego pewien wybór, pewien wysiłek, a w starszym wieku również świadoma konstrukcja własnej tożsamości. To nie jest już coś danego niejako z natury. Jeżeli jednocześnie redukuje się oddziaływanie tej podstawowej instytucji, jaką jest szkoła, a w przestrzeni publicznej nie funkcjonuje język polski, to te procesy będą następować.

B.M.-R.: A jednak Polacy na Litwie nadal zachowują swoją tożsamość.

K.K.: Moim zdaniem, jak na warunki, które tam funkcjonują, te procesy i tak przebiegają bardzo wolno. Możemy to odczytać z kolejnych spisów powszechnych. Jeżeli spojrzymy na spisy z 2011 i 2021 roku, to w sensie proporcjonalnym ubytek jest minimalny. Nie mówię o liczbach bezwzględnych, bo demograficznie kurczy się cała Litwa i kurczy się również społeczność polska. Ale procentowo ten ubytek jest naprawdę minimalny.

Widać więc, że asymilacja w takim sensie, że ludzie przestają deklarować się jako Polacy, postępuje bardzo wolno. Ten podstawowy wyraz tożsamości wciąż pozostaje. Ale procesy asymilacyjne są cały czas potencjalnie obecne ze względu na warunki, jakie tam funkcjonują.

Oczywiście inaczej wygląda to w miejscowości, gdzie 90 proc. mieszkańców stanowią Polacy, gdzie język polski słychać na ulicy, gdzie ludzie - czy jest to dozwolone, czy nie, bo zawsze są wokół tego jakieś wątpliwości - mają na swoich domach powieszone podwójne nazwy miejscowości i są względnie izolowani od większych ośrodków życia niepolskiego.

Tam wygląda to zupełnie inaczej. Te procesy funkcjonują przede wszystkim w Wilnie i na jego przedmieściach, które są bardzo intensywnie zasiedlane przez ludzi innych narodowości.

„Polska poświęca interesy Polaków w imię dobrych stosunków z Wilnem”

B.M.-R.: Czy polskie państwo poświęca interesy Polaków na Litwie w imię dobrych stosunków z Wilnem?

K.K.: Myślę, że zasadniczo tak jest. Imperatywem państwa polskiego właściwie od początku była polityka pewnego rodzaju internacjonalistycznego - w teorii stosunków międzynarodowych powiedzielibyśmy: liberalnego - podejścia. Chodziło o budowanie świata Zachodu, w którym rzekomo wszyscy pozbędziemy się konfliktów, będziemy sobie razem żyli i będziemy używali tego solidarnego świata zachodniego do odpychania Rosji. I tak wyglądały imperatywy polityki państwa polskiego właściwie od samego początku państwa w jego obecnej formie, czyli od rozpadu obozu socjalistycznego i przemiany PRL-u w III RP.

Udzielono bezkrytycznego poparcia Sąjūdisowi, czyli litewskiemu ruchowi na rzecz niepodległości, który w swoich początkach był bardzo mocno nacjonalistyczny i bardzo źle nastawiony do Polaków i ich aspiracji. Mówię właśnie o tych aspektach, o których rozmawiamy: posiadaniu własnego szkolnictwa, publicznym używaniu własnego języka czy wsparciu państwowym dla ich potrzeb oświatowych i kulturalnych.

Na przełomie lat 80. i 90. istniała przecież oddolna inicjatywa powołania w ramach Litwy autonomii dla Polaków. I była ona zdecydowanie zwalczana nie tylko przez Litwinów, ale także przez nowe, solidarnościowe władze Polski. Polacy na Litwie zostali wówczas niejako pozbawieni wsparcia ze strony Warszawy. I od tego czasu niewiele się pod tym względem zmieniało.

B.M.-R.: Czyli kolejne polskie rządy stawiały dobre relacje z Litwą ponad postulatami tamtejszych Polaków?

K.K.: Pamiętam ambasadora RP Jana Widackiego, który zajmował się głównie krytykowaniem Polaków i ich rzekomo wygórowanych żądań. Pamiętam prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który bardzo chłodno odnosił się do Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i Związku Polaków na Litwie, natomiast nieustannie kształtował narrację o strategicznym partnerstwie z Litwą. W zasadzie polegało to na pewnego rodzaju ciągłych gestach - i to nie tylko symbolicznych, ale również materialnych.

Możemy mówić o inwestycji w Możejki czy udziale Polaków w Baltic Air Policing, czyli ochronie przestrzeni powietrznej państw bałtyckich w ramach misji NATO. Nie zostały z tego wyciągnięte żadne konkretne wymagania w aspekcie praw polskiej mniejszości.

Pamiętam również Andrzeja Dudę, który pojechał do Domu Kultury Polskiej w Wilnie i spotkał się z przedstawicielami polskiej mniejszości. Dochodziły do mnie później dość zbulwersowane głosy uczestników tego spotkania. Odebrali jego wypowiedzi tak, jakby sugerował, że mają wygórowane oczekiwania i najlepiej byłoby, gdyby trochę spuścili z tonu i nie zakłócali wzajemnych relacji polsko-litewskich.

Takie mniej więcej było podejście państwa polskiego w sensie politycznym. Bo to, co rzeczywiście się zmieniło, to dofinansowanie.

Polska daje pieniądze. Ale czy to wystarczy?

B.M.-R. Czyli Polska pomaga Polakom na Litwie finansowo, ale nie przekłada się to na realne wsparcie polityczne?

K.K.: Tak. Mniej więcej w połowie poprzedniej dekady Polska zaczęła kierować znacznie większe środki finansowe na różnego rodzaju projekty służące tamtejszym Polakom. Zarówno na projekty materialne, jak remonty szkół, zakupy sprzętu czy pomocy naukowych, jak i na wydawanie podręczników. Finansowano wyprawki dla uczniów pierwszych klas polskich szkół czy różnego rodzaju dopłaty dla maturzystów.

Więc materialnie faktycznie coś się zmieniło. Wraz ze wzbogaceniem się Polski zaczęto kierować poważniejsze fundusze na wspieranie polskiej oświaty i inicjatyw kulturalnych. Sam Dom Kultury Polskiej również bardzo z tego korzysta. To imponująca budowla w centrum Wilna, która daje tamtejszym Polakom bardzo dużo. Tylko że tego rodzaju datki nie załatwiają sprawy.

Bo my możemy oczywiście wydrukować całe komplety podręczników po polsku - nie tylko do języka polskiego, ale do każdego innego przedmiotu. Tylko co z tego, jeżeli one nie zostaną dopuszczone do użytku? Co z tego, jeśli kolejne przedmioty będą musiały być nauczane po litewsku? Samo dawanie pieniędzy nie rozwiązuje problemu politycznego.

„Jeżeli coś się nie dzieje, to my też czegoś nie robimy”

B.M.-R.: Co więc Polska mogłaby realnie zrobić? Jakie ma narzędzia, żeby skuteczniej bronić interesów Polaków na Litwie?

K.K.: To jest w gruncie rzeczy odpowiedź banalna. Polska musi na poziomie politycznym warunkować różne swoje działania na rzecz interesu litewskiego załatwianiem konkretnych spraw. Tak na poważnie. To znaczy: jeżeli coś się nie dzieje, to my też czegoś nie robimy. 

Czy naprawdę jest konieczne, żeby polscy piloci akurat latali na kolejnych zmianach w misji Baltic Air Policing? Czy naprawdę jest konieczne, żebyśmy lobbowali na rzecz różnego rodzaju inicjatyw dotyczących państw bałtyckich? Czy naprawdę mamy niezmiennie mówić, że jesteśmy pierwsi do walki, kiedy państwo litewskie czy państwa bałtyckie będą zagrożone?

B.M.-R.: Przykładem jest rafineria w Możejkach?

K.K.: Tak samo było z rafinerią w Możejkach, którą kupiliśmy od rosyjskiego Jukosu. W związku z konfliktem właściciela tej firmy z rosyjskimi władzami miała ona zostać przejęta pod kontrolę państwa rosyjskiego. Wykupiliśmy więc tę rafinerię między innymi po to, żeby nie znalazła się w rękach Rosjan. A później była ona właściwie obdzierana ze skóry przez litewskie koleje poprzez taryfy przewozowe. Rozebrano nawet najkrótszą linię kolejową prowadzącą z rafinerii. I nawet na to się godziliśmy.

Przejęcie rafinerii w Możejkach nie wynikało przecież wyłącznie z kalkulacji ekonomicznej. Litwa nie jest wielkim rynkiem. To była przede wszystkim kalkulacja geopolityczna: chodziło o to, żeby nie było tam Rosjan. Więc w czyim interesie był to ruch? Oczywiście również w interesie Polski, ale w bardzo dużym stopniu w interesie Litwy. I tego także nie uwarunkowano.

B.M.-R.: Jaki więc jest ten najważniejszy „lewar”, którego Polska nie wykorzystuje?

K.K.: Polska cały czas jest Litwie niezbędna. W gruncie rzeczy, przy obecnych napięciach i zagrożeniach dotyczących żywotnych interesów państwa litewskiego, wszyscy doskonale wiemy, że bez terytorium Polski nie ma żadnej obrony Litwy przed zagrożeniem wychodzącym z Rosji czy z Białorusi jako państwa z Rosją sprzymierzonego.

Więc jeżeli ktoś mnie pyta, jaki Polska ma lewar, to właśnie taki najbardziej fundamentalny. Nie rozumiem, jak w takich warunkach można dopuszczać do tego, co się dzieje.

 

Karol Kaźmierczak - publicysta, redaktor portalu Kresy.pl i działacz społeczny związany ze Związkiem Polaków na Litwie.

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/07/2026 16:05
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości