Mija sto dni od wybuchu konfliktu między USA, Izraelem i Iranem, a światowa gospodarka wciąż nie odczuła pełnej skali jego konsekwencji. Analitycy alarmują jednak, że prawdziwe skutki mogą pojawić się z opóźnieniem – tak jak po kryzysie naftowym z 1973 roku. Rosnące ceny ropy, ograniczony ruch tankowców i kurczące się zapasy paliw mogą w najbliższych miesiącach mocno odbić się na rynkach i portfelach konsumentów.
Choć od wybuchu wojny między USA, Izraelem i Iranem minęło już sto dni, światowe rynki finansowe zachowują względny spokój. Nie oznacza to jednak, że zagrożenie minęło. Coraz więcej ekonomistów i ekspertów rynku surowców ostrzega, że skutki konfliktu mogą dopiero nadciągać, a ich skala może przypominać wydarzenia sprzed ponad pół wieku.
Kluczowym problemem pozostaje sytuacja w cieśninie Ormuz – jednym z najważniejszych szlaków transportowych dla światowego rynku energii. Przed wybuchem wojny przepływała tamtędy około jedna piąta globalnych dostaw ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego. Zakłócenia w ruchu morskim niemal natychmiast przełożyły się na wzrost cen surowców.
Przed rozpoczęciem konfliktu baryłka ropy Brent kosztowała około 72 dolarów. W kolejnych tygodniach cena przekroczyła granicę 100 dolarów, a na początku kwietnia osiągnęła poziom 138 dolarów za baryłkę. Obecnie notowania ustabilizowały się w okolicach 95 dolarów, jednak eksperci przekonują, że obecne ceny nie oddają jeszcze pełnej skali problemu.
Zdaniem analityków świat uniknął gwałtownego szoku głównie dzięki wysokim zapasom surowców zgromadzonym przed wybuchem wojny. Dodatkowym zabezpieczeniem było uwolnienie części strategicznych rezerw ropy przez największe gospodarki. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że część transportów znajdowała się już w drodze do odbiorców, gdy rozpoczęły się działania wojenne.
To jednak może być jedynie chwilowa ulga. Zapasy surowców stopniowo maleją, a odbudowa normalnych dostaw nie nastąpi szybko nawet wtedy, gdy konflikt definitywnie wygaśnie. Eksperci przypominają, że skutki zakłóceń w globalnym handlu często stają się widoczne dopiero po kilku miesiącach.
Tak było podczas wojny Jom Kipur w 1973 roku. Choć działania zbrojne trwały stosunkowo krótko, embargo naftowe nałożone przez kraje arabskie wywołało jeden z największych kryzysów gospodarczych XX wieku. Co istotne, rynki finansowe przez długi czas ignorowały zagrożenie, a prawdziwe problemy pojawiły się dopiero po kilku miesiącach. Wówczas ceny ropy wzrosły niemal czterokrotnie, a amerykańska giełda zanotowała potężne spadki.
Obecnie część ekspertów dostrzega niepokojące podobieństwa. Ruch tankowców przez cieśninę Ormuz nadal pozostaje ograniczony, a niektórzy analitycy przewidują, że nawet po ustaniu działań wojennych nie wróci on szybko do poziomów sprzed konfliktu. Dodatkowym problemem są obawy armatorów, którzy mogą unikać tego regionu z powodów bezpieczeństwa.
Nie brakuje również bardziej pesymistycznych prognoz. Gdyby ceny ropy rosły w podobnym tempie jak po kryzysie z lat 70., baryłka Brent mogłaby w przyszłości kosztować nawet ponad 270 dolarów. Dziś taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny, jednak historia pokazuje, że największe kryzysy często rozwijają się stopniowo i długo pozostają niedostrzegane.
Ekonomiści podkreślają, że najgroźniejszym przeciwnikiem nie jest obecnie sama wojna, lecz jej opóźnione konsekwencje. To właśnie one mogą w najbliższych miesiącach wpłynąć na ceny paliw, koszty transportu, inflację oraz tempo wzrostu gospodarczego na całym świecie. Na razie świat obserwuje sytuację z niepokojem, ale coraz więcej sygnałów wskazuje, że prawdziwy test dla globalnej gospodarki może dopiero nadejść.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze