Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Korytarz był już czarny od dymu, kiedy Marek Gajda zorientował się, że nie ma czasu. Chwilę wcześniej jego szwagier wyszedł do toalety. Wrócił przerażony. „Pali się” — krzyczał.
To była Niedziela Palmowa 2025 roku. Wieczór. Dawna ubojnia drobiu w Pszowie na Górnym Śląsku, przerobiona na hotel robotniczy. W środku kilkanaście osób. Większość po pracy, część już spała.
— Za każdym razem, gdy o tym mówię, mam łzy w oczach — mówi dziś 43-letni Marek Gajda. — Wszystko stanęło w płomieniach. Z mojego piętra przeżyłem tylko ja.
Próbowali uciekać wyjściem ewakuacyjnym, ale droga była odcięta. Gajda otworzył jeszcze drzwi do sąsiada. Na tapczanie zobaczył zwęglone ciało. Nie było już ratunku. Razem ze szwagrem wyskoczyli przez okno.
W ciągu kilkunastu minut budynek spłonął doszczętnie. Zginęło pięć osób.
Według śledczych przyczyną pożaru miało być zapalenie się oleju podczas gotowania i próba gaszenia go wodą. Ale tragedia z Pszowa odsłoniła coś znacznie większego niż tylko fatalny wypadek. Pokazała skalę zjawiska, o którym państwo od lat wie, ale którego w praktyce nie kontroluje.
Bo takich miejsc w Polsce są setki.
Marek Gajda mieszkał w Pszowie zaledwie od dwóch miesięcy. Pokłócił się z żoną, chciał być bliżej pracy. W hali obok lakierował samochody. Pokój wynajął szybko — jak tysiące innych pracowników w Polsce.
— To nie była żadna ruina — opowiada. — Telewizor, wspólna kuchnia, łazienka. Bez luksusów, ale widziałem gorsze hotele.
Problem polegał na tym, że budynek formalnie nigdy nie był hotelem. Nie figurował jako obiekt zakwaterowania zbiorowego ani turystyczny. Oficjalnie był czymś zupełnie innym.
I właśnie na tym od lat opiera się cały mechanizm.
W całej Polsce prywatne domy, dawne hale, stodoły czy budynki gospodarcze są przerabiane na tanie kwatery dla pracowników. Najczęściej mieszkają tam cudzoziemcy — Ukraińcy, Gruzini, Kolumbijczycy, pracownicy magazynów, przetwórni i budów.
Państwo nie wie nawet, ile takich miejsc istnieje.
Ministerstwo Rozwoju i Technologii przyznaje wprost, że nie posiada danych dotyczących skali zjawiska. Resort pracy również nie prowadzi statystyk pokazujących, gdzie mieszkają zagraniczni pracownicy sprowadzani do Polski.
A tych jest coraz więcej. Tylko w ubiegłym roku pozwolenia na pracę otrzymało ponad 250 tysięcy cudzoziemców. Ta armia ludzi musi gdzieś spać.
Juan z Kolumbii pamięta pokój dla szesnastu osób w małej miejscowości w Kujawsko-Pomorskiem. Jedna łazienka, jeden prysznic, piętrowe łóżka ustawione obok siebie.
— To było nieludzkie — mówi. — Ludzie żyli stłoczeni, niewyspani, sfrustrowani. Ciągle dochodziło do konfliktów.
Pracownik z Ukrainy wspomina z kolei kwaterę urządzoną na strychu wyremontowanej stodoły w Lubuskiem.
Takie historie praktycznie nigdy nie trafiają do oficjalnych raportów.
Najbardziej absurdalne jest to, że często wszyscy wiedzą o problemie — sąsiedzi, urzędnicy, lokalne władze — ale niewiele mogą zrobić.
— Władze gmin mają dziś związane ręce — mówi Mieczysław Kieca, prezydent Wodzisławia Śląskiego. — Te obiekty funkcjonują poza definicjami ustawowymi. To nie są formalnie hotele, więc wypadają z systemu kontroli.
Podobny problem od lat narasta w podwrocławskich Kobierzycach, gdzie wokół gigantycznych magazynów i centrów logistycznych wyrastają całe osiedla wynajmowane pracownikom agencyjnym.
— Mieszkańcy skarżyli się na hałas, alkohol, awantury, tłok — opowiada wójt Piotr Kopeć. — W jednym domu podczas kontroli znaleziono trzydzieści osób.
Tyle że nawet wtedy możliwości urzędów okazują się ograniczone.
Bo zgodnie z obowiązującym prawem w domu jednorodzinnym teoretycznie może mieszkać nawet kilkadziesiąt osób. Nadzór budowlany często nie ma narzędzi do szybkiego działania, a postępowania ciągną się miesiącami lub latami.
Najlepiej widać to na warszawskim Bemowie.
Mieszkańcy ulicy Okrętowej od dwóch lat walczą z domami przerobionymi na hotele robotnicze. Opowiadają o nocnym hałasie, busach zastawiających ulicę, nieustannym ruchu ludzi.
— Boimy się o bezpieczeństwo swoje i dzieci — mówią.
Choć straż pożarna wskazała nieprawidłowości, a nadzór budowlany wydał decyzję o wstrzymaniu działalności jednego z obiektów, hotel nadal działał. Właściciel składał kolejne pisma, odwołania i wnioski o przesunięcie terminów.
Mieszkańcy są przekonani, że system zwyczajnie nie nadąża za skalą problemu.
Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich widział dziesiątki takich miejsc. Jedno z nich szczególnie zapadło mu w pamięć.
Piwnica przy ruchliwej ulicy w Warszawie. Betonowa podłoga. Metalowe piętrowe łóżka ustawione jedno przy drugim. Jedna żarówka wisząca na kablu. Prowizoryczna kuchenka. Jedna toaleta dla około dwudziestu osób.
— Takich nieludzkich przypadków są setki — mówi. — Ludzie mieszkają w warunkach urągających jakimkolwiek standardom bezpieczeństwa czy godności.
Eksperci od miesięcy alarmują, że bez zmian prawnych kolejne tragedie są tylko kwestią czasu. Samorządowcy chcą większych uprawnień dla nadzoru budowlanego, straży pożarnej i sanepidu. Domagają się także możliwości nakładania natychmiastowych kar finansowych.
Ministerstwo Rozwoju i Technologii zapowiada zmiany. W grze są kary sięgające 10 tys. zł dla właścicieli nielegalnych hoteli pracowniczych oraz obowiązek szybkiego dostosowania budynków do przepisów.
Na razie jednak trwają analizy.
A nielegalne kwatery nadal działają.
Ogłoszenia można znaleźć bez problemu w internecie. Pokój za 25 czy 40 złotych za dobę. „Wypoczęty pracownik to efektywny pracownik” — reklamuje się jedna z firm oferujących tanie noclegi dla robotników.
Za tym sloganem często kryją się jednak przepełnione pokoje, prowizoryczne instalacje i ludzie żyjący na granicy niewidzialności.
— Wszyscy wiedzą, że to istnieje — mówi Marek Gajda. — Dopóki nic się nie dzieje, nikt nie reaguje. Dopiero po tragedii wszyscy są zaskoczeni.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze