Reklama

Szok wokół kontynuacji „Pasji”. Czy to właściwi ludzie do tych ról?

Wielkanoc co roku przypomina widzom o filmie, który dla wielu okazał się czymś znacznie większym niż tylko dziełem kina. „Pasja” Mela Gibsona nie była zwyczajnym seansem. Była przeżyciem. Była wstrząsem. Była próbą pokazania Męki Chrystusa nie w sposób wygodny, estetycznie wygładzony i bezpieczny, ale boleśnie prawdziwy. I może właśnie dlatego tak mocno zapisała się w pamięci widzów.

Jim Caviezel – aktor czy świadek?

Nie da się mówić o fenomenie tego filmu bez przypomnienia postaci Jima Caviezela. Wokół jego roli od początku unosiło się bowiem przekonanie, że nie była to wyłącznie dobrze wykonana praca aktorska. Dla wielu wierzących Caviezel nie tyle „zagrał” Chrystusa, ile podjął rolę z ogromnym duchowym ciężarem i świadomością jej znaczenia. Sam aktor w publicznych wypowiedziach wielokrotnie mówił o swojej wierze, o zawierzeniu Matce Bożej i o tym, że w jego życiu zawodowym i osobistym nie brakowało doświadczeń, które odczytywał w perspektywie Bożego prowadzenia. Tak właśnie opisywał go także portal PCh24, przypominając m.in. historię z różańcem oraz jego wypowiedzi o Maryi i o misyjnym wymiarze aktorstwa.

To właśnie ten rys wydaje się dziś szczególnie istotny. Bo „Pasja” nie poruszyła widzów wyłącznie realizmem scen, rozmachem reżyserskim czy fizycznym poświęceniem aktorów. Uderzała także tym, że w centrum filmu znalazł się człowiek, który o wierze mówił nie jak o dodatku do wizerunku, ale jak o czymś stanowiącym istotę jego życia. W tym sensie Jim Caviezel dla wielu stał się kimś więcej niż odtwórcą roli. Stał się świadkiem pewnej postawy.

Reklama

Tym większe emocje budzą doniesienia wokół kontynuacji, nad którą pracuje Mel Gibson. Dziś już wiadomo, że Jim Caviezel nie wróci do roli Jezusa. Branżowe media informowały jesienią 2025 roku, że twórcy zdecydowali się na nową obsadę, a w miejsce dawnego odtwórcy głównej roli wszedł fiński aktor Jaakko Ohtonen. Z kolei w roli Maryi ma pojawić się Kasia Smutniak. W praktyce oznacza to nie tylko zmianę twarzy, ale również zmianę całego ciężaru symbolicznego, jaki niosła ze sobą pierwsza część filmu.

Nowa obsada, nowe kontrowersje

I właśnie tutaj zaczyna się sprawa naprawdę trudna.

Reklama

Bo przecież nie chodzi tylko o to, czy nowy aktor jest przystojny, wyrazisty, fotogeniczny i dobrze wypadnie w biblijnej stylizacji. Nie chodzi nawet wyłącznie o warsztat. W przypadku zwykłego filmu można powiedzieć: aktor ma zagrać i to wszystko. Ale czy tak samo jest wtedy, gdy chodzi o ekranową postać Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi Panny? Czy w takim projekcie wystarcza wyłącznie poprawność zawodowa? Czy nie pojawia się tu jednak pytanie o coś więcej — o wewnętrzną prawdę, o duchową wiarygodność, o to, czy człowiek wchodzący w tę rolę rozumie jej ciężar?

Wokół nowych nazwisk bardzo szybko pojawiły się kontrowersje. Przypomniano archiwalne wpisy i zdjęcia z mediów społecznościowych. W przypadku Jaakko Ohtonena chodziło o internetowe sygnały sympatyzujące ze środowiskiem LGBT. W przypadku Kasi Smutniak wróciło publiczne poparcie dla Strajku Kobiet i protestów aborcyjnych w Polsce. To właśnie ten wątek najmocniej podejmowały media, pytając, czy aktorka kojarzona z takimi gestami i deklaracjami powinna wcielać się w rolę Maryi. Nawet Variety odnotowało, że obsadzenie Smutniak wywołało w Polsce sprzeciw części środowisk prawicowych i pro-life.

Reklama

Aktorka prezentuje też kontrowersyjne podejście do migracji oparte głównie na perspektywie humanitarnej (autorski dokument Mur, odnoszący się do bariery na polskiej granicy), co część opinii publicznej odbiera jako zagubienie w realiach oraz jednostronne postrzeganie problemu, pomijające szerszy kontekst bezpieczeństwa i skutki kryzysu migracyjnego. 

I tu nie chodzi o tanie potępianie kogokolwiek. Problem jest głębszy. Jeżeli ktoś publicznie firmuje postawy sprzeczne z chrześcijańskim rozumieniem życia, rodziny czy godności człowieka, to czy naprawdę da się przejść nad tym obojętnie, kiedy taka osoba ma odgrywać jedną z najświętszych postaci chrześcijaństwa? Dla wielu wierzących to nie jest detal. To nie jest złośliwość. To nie jest „polowanie” na prywatne poglądy aktorów. To jest pytanie o spójność.

Reklama

Znak kryzysu czy szansa na łaskę?

Warto uczciwie powiedzieć: świat kina od dawna nie kieruje się kryteriami wiary. Rządzą nim popularność, rozpoznawalność, ekranowa siła, międzynarodowy potencjał i komercyjna kalkulacja. Ale „Pasja” nigdy nie była przedsięwzięciem odbieranym wyłącznie w tych kategoriach. Właśnie dlatego tak wielu widzów patrzy dziś na decyzje Gibsona ze zdziwieniem. Jeśli pierwsza część niosła w sobie tak silny rys świadectwa, jeśli Caviezel był dla tylu osób kimś wiarygodnym duchowo, to trudno się dziwić, że nowa obsada budzi niepokój.

Z drugiej strony pozostaje pytanie, którego nie wolno zlekceważyć. Czyż chrześcijaństwo nie opiera się także na nadziei, że łaska potrafi dotknąć człowieka właśnie w najmniej spodziewanym momencie? Czy udział w takim filmie nie może stać się dla aktora czymś więcej niż tylko zawodowym zadaniem? Czy nie może okazać się spotkaniem z treścią, która zacznie pracować w sercu? Historia zna przecież przypadki ludzi, którzy wchodzili w wielkie role z pozycji czysto zawodowych, a wychodzili z nich odmienieni.

Reklama

Dlatego wokół nowej produkcji Mela Gibsona ścierają się dziś dwie intuicje. Pierwsza mówi: to zły znak, bo role Jezusa i Maryi powierzono ludziom, których publiczny wizerunek pozostaje w napięciu z chrześcijańskim ładem moralnym. Druga podpowiada: nie przesądzajmy z góry, bo Bóg potrafi pisać prosto nawet po ludzkich krzywych liniach.

 

Źródło: PCh24 Aktualizacja: 08/04/2026 16:11
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wm.pl




Reklama