7 stycznia 1949 roku komunistyczni oprawcy zamordowali Jana Rodowicza ps. „Anoda” – 26-letniego porucznika Armii Krajowej, harcerza, żołnierza Szarych Szeregów, jednego z najdzielniejszych uczestników Akcji pod Arsenałem, powstańca warszawskiego, architekta marzącego o odbudowie stolicy. Zginął w katowni Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej w Warszawie. Zginął, bo był symbolem Polski wolnej, odważnej i niepodległej.
„Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło…”
Te słowa poetyckiej elegii brzmią dziś jak bolesny komentarz do losu całego pokolenia Kolumbów.
Jan Rodowicz należał do legendarnej drużyny harcerskiej „Pomarańczarnia” z Liceum im. Stefana Batorego. Walczył ramię w ramię z Tadeuszem Zawadzkim „Zośką”, Aleksandrem Dawidowskim „Alkiem” i Janem Bytnarem „Rudym”. W Akcji pod Arsenałem to on wykonał kluczowe zadanie – zatrzymał furgonetkę gestapo i dowodził sekcją „butelki”. To on wywiózł z pola walki ciężko rannego „Alka”. Za swoją postawę został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Brał udział w kolejnych akcjach Grup Szturmowych: „Choran”, Celestynów, przygotowania do Jaktorowa, Sieczychy. W Powstaniu Warszawskim walczył do końca. Mimo poważnych ran, mimo niesprawnej lewej ręki, nie wycofał się nigdy. Imponował spokojem, opanowaniem, odpowiedzialnością za podwładnych.
Był nie tylko żołnierzem. Konstruował broń, rysował, projektował, pisał wiersze, komponował piosenki. Dusza towarzystwa, pełen humoru, pomysłów, życia. Marzył o odbudowie Warszawy.
Jak wspominał Jan Suzin:
„Janek tryskał życiem. Z głową pełną pomysłów, zawsze był pierwszy do pracy, do pomocy, a także do żartów. Marzył o odbudowie Warszawy, o pracy dla Polski”.
Reklama
24 grudnia 1948 roku, w Wigilię Bożego Narodzenia, przyszli po niego ubecy. Gdy matka, Zofia Rodowicz, rozkładała opłatek, a ojciec – profesor Politechniki Warszawskiej – wiedział już, co oznacza nocne pukanie. Zabrali go na Koszykową. Przez kilkanaście dni był brutalnie torturowany. Pod nadzorem naczelnika Wydziału IV MBP, pułkownika Witolda Herera, został zamordowany.
Nie było wyroku. Nie było procesu. Była nienawiść do bohatera i strach przed symbolem.
Rodowiczowie stracili obu synów. Starszy brat Zygmunt zmarł z ran w Powstaniu Warszawskim. Rodzina została doszczętnie zniszczona.
„Anoda” po 1945 roku nie złożył broni. Prowadził działalność informacyjną przeciwko komunistycznej władzy, rozpoznawał więzienia i siedziby UB, ostrzegał dawnych żołnierzy podziemia, ukrywał broń. Z kolegami z „Zośki” ekshumował poległych towarzyszy, tworzył pierwsze kwatery powstańcze na Powązkach. Ratował pamięć.
I właśnie za to musiał zginąć.
Jan Paweł II mówił w 1979 roku na Placu Zwycięstwa:
„Nie sposób zrozumieć dziejów Polski, jeśli się nie przyłoży do nich tego jednego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus”.
Reklama
Rodowicz i jego pokolenie dokładnie tym kryterium żyli. Odpowiedzialność, honor, służba, ofiara. Dla nich Polska była świętością.
Dla komunistycznych oprawców – przeszkodą.
Nie miało znaczenia, że „Anoda” był kawalerem Virtuti Militari i dwukrotnym Krzyżem Walecznych. Zdeptali wszystko. Do dziś nikt realnie nie poniósł odpowiedzialności za jego śmierć. Do dziś wielu funkcjonariuszy aparatu terroru i ich spadkobierców domaga się przywilejów, emerytur, arogancji.
Jak to możliwe, że po 1989 roku nie doszło do prawdziwego rozliczenia? Jak to możliwe, że kolejne pokolenia wychowane w duchu PRL-u obejmują najwyższe stanowiska, a ofiary wciąż czekają na sprawiedliwość?
Docent Michał Szulczewski, partyjny wykładowca UW, powiedział po przełomie:
„Tacy jak my powinniśmy dziś chodzić w kapturach pokutnych i cieszyć się, że nas nie aresztują”.
To była gorzka, ale prawdziwa diagnoza. Dekomunizacji nie było. Rozliczeń nie było. A Janek Rodowicz nadal czeka.
Grażyna Jonkajtys, jego koleżanka ze studiów, wspominała:
„Często powtarzał: ja po prostu tak zwyczajnie kocham Polskę. Byłyśmy zazdrosne o tę jego miłość”.
Kochał Polskę i zapłacił za to najwyższą cenę. Został zamordowany nie dlatego, że walczył – ale dlatego, że mógł żyć, budować, tworzyć, inspirować.
Dlatego pamięć o „Anodzie” nie jest tylko wspomnieniem. Jest oskarżeniem. Jest wezwaniem. Jest zobowiązaniem.
Bo Polska bez takich ludzi jak Jan Rodowicz byłaby tylko terytorium. To oni uczynili ją Ojczyzną.
I to oni – zamordowani, ale niezłomni – są naszym prawdziwym punktem odniesienia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze