Nocny test systemów bezpieczeństwa w czwartym bloku wymknął się spod kontroli, doprowadzając do eksplozji reaktora, skażenia ogromnych obszarów i ewakuacji setek tysięcy ludzi. Skutki awarii odczuła także Polska.
Elektrownia w Czarnobylu, znajdująca się wówczas na terenie Związku Radzieckiego, miała być jednym z największych obiektów tego typu na świecie. Dysponowała czterema reaktorami, a do katastrofy doszło w bloku czwartym, oddanym do użytku zaledwie dwa i pół roku wcześniej.
Wiosną 1986 roku zaplanowano tam rutynowy remont. Przy tej okazji postanowiono przeprowadzić test, który miał sprawdzić, czy w razie awarii systemy bezpieczeństwa będą w stanie zapewnić chłodzenie reaktora do momentu uruchomienia awaryjnych silników. Próba rozpoczęła się 25 kwietnia. W czasie przygotowań moc reaktora zaczęła spadać znacznie poniżej zakładanych wartości. Operatorzy, próbując ją przywrócić, wyjęli z rdzenia więcej prętów kontrolnych, niż dopuszczały instrukcje.
O godzinie 1:23 w nocy rozpoczęto właściwy eksperyment. Po odłączeniu dopływu pary do pomp moc reaktora zaczęła gwałtownie rosnąć. Próba awaryjnego opuszczenia prętów sterujących nie zatrzymała procesu. W ciągu kilku sekund moc przekroczyła dopuszczalne normy kilkadziesiąt razy.
Doszło do serii eksplozji, które rozerwały rdzeń reaktora. W powietrze została wyrzucona ważąca około 2 tys. ton stalowa płyta. Pożar grafitowego rdzenia sprawił, że płomienie miały sięgać nawet 170 metrów wysokości. Do atmosfery przedostały się ogromne ilości substancji promieniotwórczych.
W wyniku napromieniowania i odniesionych obrażeń zginęło 31 osób, głównie pracownicy elektrowni i strażacy, którzy jako pierwsi ruszyli do akcji bez odpowiedniego zabezpieczenia. Około tysiąca ratowników i pracowników elektrowni otrzymało wysokie dawki promieniowania.
Radioaktywna chmura rozprzestrzeniła się nad Europą. Według części badań skutki katastrofy mogły dotknąć nawet setek tysięcy ludzi, a liczbę zgonów spowodowanych nowotworami szacowano na około 4 tysiące.
Pierwsze godziny po wybuchu upłynęły pod znakiem chaosu i prób ukrywania skali zagrożenia. Władze ZSRR długo nie informowały społeczeństwa o katastrofie. Ewakuację Prypeci, miasta położonego zaledwie kilka kilometrów od elektrowni, rozpoczęto dopiero 27 kwietnia, ponad dobę po wybuchu.
Mimo przekroczonych norm promieniowania w Kijowie odbył się tradycyjny pochód pierwszomajowy. Moskwa przyznała się do awarii dopiero pod presją międzynarodową.
Skutki katastrofy dotarły również do Polski. 28 kwietnia w Mikołajkach odnotowano gwałtowny wzrost aktywności promieniotwórczej w powietrzu. Radioaktywna chmura przesuwała się nad północno-wschodnią częścią kraju.
29 kwietnia władze zdecydowały o podaniu płynu Lugola dzieciom i młodzieży najpierw w części województw, a potem w całym kraju. Preparat przyjęło 18,5 mln Polaków, w tym ponad 95 procent dzieci i młodzieży.
W 1987 roku kilku dyrektorów i inżynierów elektrowni zostało skazanych na kary więzienia. Wśród nich był Anatolij Diatłow, kierownik feralnego eksperymentu. Do końca życia przekonywał, że bezpośrednią przyczyną katastrofy był błąd konstrukcyjny prętów sterowniczych. Oficjalny raport radziecki obarczał winą głównie personel elektrowni.
Po katastrofie wysiedlono około 300 tys. osób z terenów w promieniu 100–120 kilometrów od elektrowni. Wokół zakładu powstała strefa wykluczenia o powierzchni 2577 kilometrów kwadratowych.
Reaktory elektrowni wyłączano stopniowo w latach 1991–2000. Zniszczony blok czwarty został przykryty ogromnym sarkofagiem, którego nowa konstrukcja działa od 2019 roku. Ma 257 metrów szerokości, 162 metry długości i 108 metrów wysokości.
W ostatnich latach strefa wykluczenia była celem turystyki historycznej, jednak po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku sytuacja ponownie stała się niebezpieczna. Teren elektrowni został czasowo zajęty przez wojska rosyjskie, a później w sarkofag uderzył bojowy dron, wywołując pożar.



Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze